Apache Rocks The Bottom
dla telefonu Ericsson
Kod: R2734177NUV
Aby otrzymać dzwonki EMS Apache Rocks The Bottom - Scooter wyślij sms o treści R2734177NUV pod numer 7228
Aby wysłać do znajomego: Wyślij sms o treści +48xxxxxxxxx:R2734177NUV na numer 7228
Cena SMSa wynosi 2 pln (2.44 pln z VAT).

Usługa dzwonki EMS dostępna na telefony Alcatel: T66, T65, T39m, T20e, T200, R600, R520m,
Powered by Wapster.pl Reklamacje: wapster@wapster.pl | Aby skorzystać z tej usługi musisz mieć skonfigurowany telefon do połączeń z WAP.
Wierszyk...
Wieczór się zbliżał, a nad naszą głową Wciąż wyrastały prostopadłe ściany I wciąż się zdawał oddalać na nowo Wierzchołek w słońca promieniach kąpany: Więc trzeba było myśleć o noclegu, Zanim nas zdradne ciemności zaskoczą Na skał urwanych przepaścistym brzegu. Właśnie się naszym ukazała oczom, Wciśnięta między dwa ramiona góry, Kotlina, pełna granitowych łomów, Które z daleka sterczały, jak mury Zdobytej twierdzy lub zburzonych domów. Była to naga, posępna kotlina, Cieniem dwóch groźnych wierzchołka piramid Pokryta. - W głębi toń jeziorka sina I mchu na głazach zielony aksamit... Zresztą ni trawki, ni krzewu - jedynie Woda i głazy, i mchy w rozpadlinie. Tu na jeziora zeszliśmy wybrzeże, Między zwalone bryły granitowe, By obrać sobie ciche na noc leże I mech jedwabny podesłać pod głowę W miejscu, gdzie wielkie głazy pochylone Od nocnych wichrów dawały osłonę. Na niebie jeszcze dzień panował biały, A słońce, góry zasłonięte grzbietem, Barwiło w szczytach wyzębione skały Złotem, purpurą albo fioletem... Czasu dość było do zmierzchu. Usiadłem Tuż nad zmrożonym jeziorka zwierciadłem, Co z brzegów w śniegi oprawne i lody W dali marszczyło czerniejące wody. Patrzałem: jako w pracy nieustannej Fala srebrzystą powłokę podmywa, Aż tafla lodu, dźwięk wydając szklanny, Pęka i dalej z szelestem odpływa; Patrzałem: jako na posępnej toni Kra oderwana krąży wkoło brzegu, Jak jedna drugą potrąca i goni, Na trud próżnego skazana obiegu... I żałowałem, że się próżno kręci, Przypominając sobie ludzką dolę, W której, ach nieraz, wszystkie dobre chęci W zaklętym muszą obracać się kole... Tymczasem dołem gęstsze cienie rosły, Bory zsiniały pod mgieł mleczną szatą I szczyt nad głową zagasnął wyniosły: Pobladł i barwę przyjął popielatą. Wraz z znikającą jasnością promienną Ostatnie życia uchodziły ślady... Mrok zwiększył martwość pustkowia kamienną I obszar zastygł, posępny i blady, I swym straszliwym przytłoczył ogromem Myśli zbłąkane w państwie nieruchomem. Geniusz tych wyżyn, surowy i groźny, Powstał z przepaści mierząc mnie oczyma; Swego oddechu słał mi powiew mroźny I naprzód rękę wyciągnął olbrzyma, Rozpościerając dokoła nade mną Milczenie pustyń, nieskończoność ciemną I tę samotność zamarłego świata, Co dziwnym smutkiem ludzką pierś przygniata; Samotność, w której milczącym ogromie Człowiek swą słabość poznaje widomie I chce się cofać przed nieznaną mocą, Przed rozesłaną na przepaściach nocą, Przed skrytych potęg gwałtownym objawem, Przed niezbłaganym bezlitosnym prawem, Przed rozpasanych żywiołów odmętem, Przed nieświadomym... tajnym... nieujętem... Uczuciem takiej grozy pokonany, Między zaciszne powróciłem ściany, Gdzie towarzysze legli już strudzeni Na mchu, pod dachem gościnnych kamieni; I sam złożyłem głowę na posłaniu, W półsennym teraz pogrążon dumaniu. Noc gęste mroki zapuściła wszędzie: Nawet błękity niebios przeźroczyste, Oprawne dołem w czarnych skał krawędzie, Stały się więcej ciemne, przepaściste, I tylko ową błękitną ciemnotę Gdzieniegdzie gwiazdy przetykały złote. Ciemność rzuciła pomost przez otchłanie I wyrównała wnętrza gór podarte; Zostało jedno wielkie rusztowanie, Zbitych granitów grzbiety rozpostarte, Ponad którymi dwie wierzchołka wieże, Dwa wyniesione ostrokręgi cieniu Chwiać się zdawały w niebieskim eterze Przy migotliwym drżących gwiazd promieniu. Cisza - a jednak w tej pozornej ciszy Wsłuchane ucho ciągłe wrzenie słyszy, Szmer nieustanny, na który się składa Wszystko, co głosem z życia się spowiada: I woda, która gdzieś w szczelinie syczy, I fal powietrza szelest tajemniczy, I pękających głazów łoskot głuchy, I wszystkie świata na wpół senne ruchy. Czasami skała u szczytu wisząca Stoczy się na dół i z przeciągłym grzmotem O najeżone ściany się roztrąca; Huk długo echa powtarzają potem... Aż rozsypany głaz na drobne części W wąwozie gradem kamieni zachrzęści. I znowu wszystko wraca do spokoju; Tylko, jak dawniej, szepczą z sobą góry Podmuchem wiatru i szemraniem zdroju; I znowu płynie cicha pieśń natury W gwiaździste sfery, w przestrzeń nieskończoną, Gdzie wszystkie pieśni zdążają i toną, I tam się wiąże, i zlewa, i brata Z całą harmonią zaziemskiego świata. W ślad za tą pieśnią myśli moje biegły, Wyswobodzone z tłoczącej je grozy. Wolny, choć prawom powszechnym podległy, Duch mój wstępował na gwiaździste wozy I tracił z oczu ludzkich istnień chwile, I wydeptany ślad na ziemskiej bryle; I zapominał o swojej obroży, I o boleści, co go we śnie trwoży. On się zanurzył w źródle wiecznie żywem, Poruszającym wielkie koło bytu; Uczuł się jednym łańcucha ogniwem Rozciągniętego przez otchłań błękitu; On znalazł wspólne ognisko żywotów I związek z całym ogromem stworzenia, Z wieczystym duchem, co mu podać gotów Rękę z ciemności albo z gwiazd płomienia; Więc w rozpostartej na przepaściach nocy Już opuszczenia nie czuł i niemocy, I mógł się poddać, jako drobny atom, Tej twórczej myśli, co przewodzi światom, I z nieodmiennym zgodzić się wyrokiem, I odpoczywać, jak pod matki okiem. --